sobota, 29 kwietnia 2017

Morbid Angel "Abominations Of Desolation"


A teraz znów cofnijmy się trochę wstecz, jeszcze zanim nastały czasy legendarnego "Altars Of Madness". Morbid Angel tuż przed wydaniem wspomnianego krążka, miał już w archiwach materiał przeznaczony na pierwszy, oficjalny full-length. Zespół był jednak na tyle niezadowolony z efektu końcowego, iż postanowił nie wydawać płyty...aż do momentu, kiedy Earache zechciał znów wzbogacić się o te kilkaset dodatkowych dolarów kosztem zespołu. Po nagraniu demówek, w 1986 roku Morbid Angel w składzie: Trey Azagthoth (gitara), Richard Brunelle (gitara), John Ortega (bas) oraz Mike Browning (perkusja/wokal), "nieoficjalnie" nagrywa swój pierwszy, studyjny album zatytułowany "Abominations Of Desolation", który wytwórnia wypuszcza na świat dopiero w 1991 roku (kiedy to triumfy święcił przecież znakomity "Blessed Are The Sick"), tym samym będąc zasadniczo trzecim wydawnictwem w dyskografii Morbid Angel.
 
Co tu dużo mówić. Okładka jest jaka jest. Bez rewelacji, ale przyzwoita. Poza świetnym szyldem zespołu, nie ma tu kompletnie czego więcej od strony graficznej oczekiwać. To tylko album kompilacyjny, na dodatek wypuszczony na rynek wbrew woli zespołu. Nie dziwiło nikogo znacznie mniejsze zainteresowanie względem poprzedniczek, sam Trey Azagthoth wielokrotnie podkreślał, iż "Abominations Of Desolation" nie zalicza się do "pełnej" dyskografii. Coś musiało być więc na rzeczy.
 
Prawda jest taka, że "Abominations Of Desolation" w żadnym wypadku nie przynosi Morbid Angel wstydu, a ciekawie uzupełnia dyskografię o kolejną, wartą poznania płytę. Mamy tu wgląd na baaardzo wczesne oblicze grupy. Większość z kompozycji to jeszcze pierwotne wersje utworów z "Altars Of Madness" oraz "Blessed Are The Sick", a także kilku następnych płyt (nie odbiegających zbytnio od oryginału). I wszystko brzmi w porządku, klasycznie utrzymując Morbid Angel w czołówce death metalu, poza...perkusją. Bo o ile Browning śpiewa naprawdę bardzo dobrze, o tyle jego partie perkusyjne są cholernie proste, niekiedy wręcz irytujące, a mając dla porównania możliwości Pete'a Sandovala (przyszłego bębniarza Morbid Angel), album cierpi na tym znacząco. Generalnie jednak, niestosownym byłoby krytykować za to "Abominations Of Desolation" w całości. W zamian możemy bowiem nacieszyć się jak nigdy wyrazistym basem, oczywiście samymi utworami w nieco innym opracowaniu i tym jak tworzyła się legenda ekstremalnej muzyki.
 
Ci którzy są ciekawscy jak kształtowały się początki Morbid Angel, bez wahania powinni sięgnąć po "Abominations Of Desolation". Album ten stanowi świetne uzupełnienie dyskografii zespołu, jak i wyśmienity przedsmak, tego czym zostaniemy uraczeni na debiutanckim "Altars Of Madness".


Podsumowując:
Zalety:
+produkcja
+znakomite riffy i solówki
+bardzo dobre kompozycje
+wokal
+wyrazisty bas
+teksty
+świetne uzupełnienie dyskografii
Wady:
-partie perkusyjne
-zdarzały się gorsze fragmenty


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-"Demon Seed" to jedyny utwór z tego zestawienia, który nie pojawił się na żadnej, "oficjalnej" płycie Morbid Angel (wszystkie pozostałe, zespół umieszczał na albumach w różnych przedziałach czasowych)
-producentem "Abominations Of Desolation" był David Vincent
-tytuł albumu został zainspirowany powieścią pt. "The Abominations Of Desolation" autorstwa Clarka Ashtona Smitha

piątek, 28 kwietnia 2017

Testament "The New Order"


Po dwóch latach przerwy...zaraz, zaraz...jakiej przerwy?! Testament tuż po wydaniu debiutanckiej "The Legacy" aktywnie koncertował, zyskiwał coraz to większy rozgłos, cieszył się nie mniejszym zainteresowaniem, promował wyżej wymieniony album, i wreszcie, komponował także materiał na nowy krążek. W skrócie, nie było więc mowy o dłuższym odpoczynku. Zespół był na tyle w bardzo wysokiej formie, że premiera drugiego krążka Testament, pt. "The New Order", miała już miejsce w 1988 roku.

W przeciwieństwie do "The Legacy", okładka zdobiąca "The New Order" wygląda znacznie lepiej i o wiele bardziej zachęcająco. Podobnie jak poprzednio, nie silili się zbytnio na oryginalność, aleeee...kto by się tam jakoś szczególnie tym przejmował. Zasadniczo prosta, "kosmiczna" oprawa graficzna "The New Order", prezentuje się jednak bardzo dobrze i bez zarzutów. Tak jak zresztą i cała płyta, która już w dniu premiery osiągnęła status klasycznej w dorobku Testament.

Od początku czuć poprawę względem "The Legacy". Lepsza produkcja, ciekawsze kompozycje, odejście od metallikowo-slayerowskich zapożyczeń..."The New Order" objawił światu Testament, jako zespół równie istotny, co troszkę starsi koledzy z wielkiej czwórki thrash metalu. Począwszy od otwierającego album "Eerie Inhabitants" do kończącego "Musical Death (A Dirge)", zespół zabrzmiał w całości po swojemu. Tym razem więcej tu melodyjnych solówek autorstwa Alexa Skolnicka, które w żadnym wypadku nie tępią thrash metalowego pazura ogółu (wystarczy posłuchać "Trial By Fire", "Eerie Inhabitants" czy "Hypnosis"). Wciąż jest bardzo szybko, ostro, ale też...przebojowo. Co więcej, daleko od typowego, thrash metalowego "łojenia". Zespół wszystko to wyraziście wypośrodkował (i nawet nieco gorszy cover Aerosmith "Nobody's Fault" nad tym zbytnio nie zaważa). Chuck Billy zaśpiewał w swój charakterystyczny sposób, Eric Peterson wykuł znakomite metalowe riffy, bas stał się znacznie bardziej wyrazisty (i nie stanowi już funkcji tła), a brzmienie, choć nadal trochę garażowe, to jednak solidne i bardzo dobre.

Stąd też nastąpił krok we właściwym kierunku. Mimo że debiutancki album Testament był bardzo dobrym krążkiem, przeważały jednak nad nim inspiracje, o tyle następny "The New Order", ukazuje własne i w pełni właściwe oblicze Testament.


Podsumowując:
Zalety:
+spory krok na przód
+bardzo dobre, przemyślane kompozycje
+znacznie lepsza produkcja
+znakomite solówki
+wyrazisty bas
+wokal
+riffy
+okładka
Wady:
-cover Aerosmith
-zdarzały się lekkie spadki


Ocena końcowa: 9/10



Ciekawostki:
-do utworu "Trial By Fire" (link) i "Nobody's Fault" (link) powstały teledyski
-pomysłodawcą okładki "The New Order" był gitarzysta grupy Eric Peterson

wtorek, 25 kwietnia 2017

Cryptopsy "None So Vile"


Często spotykam się z trochę naciąganą opinią, iż lata świetności death metalu przeminęły gdzieś po 1993 roku. Poniekąd jest to prawda, popularność wyraźnie spadała, utrzymywali się tylko ci najbardziej wytrwali, ale jednak...nie wszyscy przecież zaliczali się do ogółu. Pojawiały się właśnie takie wyjątki jak kanadyjskie Cryptopsy - zespół który zadebiutował w 1994 roku rewelacyjnym "Blasphemy Made Flesh", łącząc ekstremę z techniką, stworzył własny, unikalny styl. Po kilku małych przetasowaniach w składzie (z zespołu odeszli gitarzysta Steve Thibault oraz basista Martin Fergusson, a na miejsce tego ostatniego, dołączył Éric Langlois), Cryptopsy nagrywa następcę znakomitego "Blasphemy Made Flesh". Drugi longplay Kanadyjczyków, zatytułowany "None So Vile", ukazuje się w 1996 roku.

Autorką okładki zdobiącej "None So Vile" jest...XVII-wieczna malarka barokowa Elisabetta Sirani. Kontrowersji daleko nie trzeba było więc szukać, obraz odnosi się do postaci Salomy, pragnącej śmierci Jana Chrzciciela (wydając wyrok ścięcia jego głowy). Już od dawien dawna było wiadomym, że Elisabetta Sirani miała niesamowity talent artystyczny. W tym wypadku, od strony graficznej, "None So Vile" wyłącznie zyskuje. Ale nie tylko o świetną okładkę chodziło. Świat docenił "None So Vile" jednak za bardziej kluczowy składnik w tym całym zestawieniu - otóż za muzykę.
 
To jeszcze jeden krok na przód, względem i tak doskonałej poprzedniczki. "None So Vile" dotrzymuje tradycji debiutu, choć czyni to w nieco inny, ale równie ciekawy sposób. Drugi album Cryptopsy charakteryzuje bowiem zwięzłość (bo utworów jest zaledwie osiem), wciąż specyficzne brzmienie, zdecydowanie większy nacisk na technikę oraz poziom brutalności. Zachowały się wypełnione blastami i nadludzkimi przejściami partie perkusyjne Flo Mouniera, rozbudowane riffy i solówki, wyrazisty bas oraz "nieczytelny" (a czasem zahaczający niemal o grind) growling Lorda Worma. Całość utrzymana jest w wyjątkowo "patologicznym" klimacie (vide genialne "Phobophile", "Graves Of The Fathers" czy...właściwie każdy dowolny utwór z "None So Vile") oraz opatrzona wyśmienitą produkcją (daleką jednak od zbyt sterylnego brzmienia), jak na Cryptopsy przystało.
 
Geniusz płynący z tej płyty tchnął mnie niemal od pierwszego wejrzenia (czyt. od otwierającego album "Crown Of Horns"). "None So Vile" to świetna kontynuacja poprzednika, pomysłowa, oryginalna, ale - przede wszystkim - tak samo wybitna i odkrywcza. Nic dodać nic ująć.


Podsumowując:
Zalety:
+technika
+brutalność
+znakomite riffy
+świetne, przemyślane kompozycje
+styl gry perkusisty (!)
+wyrazisty bas
+wokal
+okładka
Wady:
Brak


Ocena końcowa: 10/10



Ciekawostki:
-pomimo rozstania z zespołem, Steve Thibault udziela się gościnnie w kilku utworach na "None So Vile", jako wokalista wspierający
-intro do utworu "Crown Of Horns" pochodzi z filmu "Egzorcysta III"
-outro do utworu "Orgiastic Disembowelment" pochodzi z filmu "Armia Ciemności"

niedziela, 23 kwietnia 2017

Amorphis "The Karelian Isthmus"


Oprócz wielbionej przez wielu wódki, Finlandia powinna kojarzyć się również z death metalem. I w zasadzie tak jest...bo kto nie znałby Amorphis? To jeden z tych zespołów, którego korzenie sięgają death/doom metalu, a późniejsze poczynania zupełnie innych odmian gatunku. Ale po kolei. Inicjatywą perkusisty Jana Rechbergera oraz gitarzystów Tomi'ego Koivusaari'ego i Esa Holopainena, Amorphis zostaje założone w 1990 roku. Wkrótce potem do grupy dołącza basista Olli-Pekka Laine. W następnej kolejności zespół rejestruje demówkę pt. "Disment Of Soul", a zaraz potem debiutancki album, zatytułowany "The Karelian Isthmus", którego data premiery przypada na 1992 rok.

Cała tematyka płyty skupia się wokół wydarzeń historycznych, odnoszących się do podboju Kareli. Już sam charakter okładki i tytuł "The Karelian Isthmus" wyraźnie na to wskazuje. Na pierwszy rzut oka, ilustrację przepełnia chaos i przepych, nie mniej jednak wygląda to bardzo ciekawie i wprost interesująco. Wraz z premierą "The Karelian Isthmus", Amorphis wzbudziło spore zainteresowanie, debiutując w zaskakująco profesjonalnym stylu.
 
Debiut jak to debiut, jeszcze niedopracowany, aczkolwiek mocno zakorzeniony w tym, czym Amorphis oczaruje nas lada moment (czyt. na następnej płycie). Kompozycje są w miarę proste, zazwyczaj utrzymane w średnim tempie, czasem nieco szybsze (ale tylko trochę), bardzo klimatyczne i ozdobione naprawdę znakomitymi riffami (wystarczy wspomnieć o "The Lost Name Of God", "Grail's Mysteries" czy "The Pilgrimage"). Poza akustycznym intrem "Karelia", debiutancki krążek finów oferuje kawał soczystego death/doom metalu. "The Karelian Isthmus" jest wciągający, choć słabo zróżnicowany, niekiedy można odnieść wrażenie, iż niektóre utwory są bliźniaczo do siebie podobne. I tak naprawdę to tyle. Kwestię nienajlepszej produkcji pomijam, cóż poradzić, takie były wtedy warunki.
 
Przechodząc do sedna, a zarazem podsumowania, debiutancki album Amorphis jest bardzo dobrym krążkiem, świetnie skomponowanym i zdecydowanie wartym uwagi. Kto lubuje się w ciężkich, atmosferycznych brzmieniach, niechaj sięga po "The Karelian Isthmus" bez wahania.


Podsumowując:
Zalety:
+klimat
+bardzo dobre kompozycje
+warstwa liryczna
+riffy
+klawisze
+okładka
+wokal
Wady:
-produkcja
-słaba różnorodność


Ocena końcowa: 8,5/10



Ciekawostki:
-za partie klawiszy odpowiedzialny jest perkusista grupy
-utwory "Excursing From Existence", "Privilege Of Evil" oraz "Disment Of Soul", znane z demówki, nie załapały się na ostateczną wersję płyty

piątek, 21 kwietnia 2017

Gorguts "Obscura"


Choć nigdy nie zostało to oficjalnie potwierdzone, Gorguts po wydaniu znakomitego "The Erosion Of Sanity", posypał się i przez moment zawiesił działalność. Wszyscy dotychczasowi członkowie, poza liderem grupy, opuścili zespół, co spowodowało "chwilowy" zastój w dyskografii. W końcu jednak Gorguts udało poskładać się do kupy. Nowe, wcielenie zespołu zasilili, obok Luca Lemaya, basista Steve Cloutier, perkusista Patrick Robert oraz gitarzysta/wokalista Steeve Hurdle. Trzeci studyjny krążek Gorguts, zatyułowany "Obscura", zostaje wydany dopiero po pięciu latach ciszy, czyli w 1998 roku.

Nowe logo, inna stylistyka okładki niż bywało to poprzednio, a w centrum widoczny jedynie spośród ciemności, hinduski założyciel ruchu religijnego Neo-Sannyas - Osho. Zmiany co najmniej znaczące czy, jak na pierwszy rzut oka, nawet kontrowersyjne, ale niezwykle interesujące. Okładka wzbudza zainteresowanie już samą medytującą osobą Osho, a żeby tylko powiedzieć, że to wyłącznie przedsmak całości. "Obscura" kryje za sobą jednak przede wszystkim kompletnie odmienną od normy, death metalową muzykę, która może nie od razu, ale z czasem na pewno, zyskała szacunek za odwagę, w jakim kierunku Gorguts się posunęło.
 
Zapewne nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że wraz z końcówką lat dziewięćdziesiątych, powstanie tak awangardowe i wybitne, death metalowe arcydzieło, jak "Obscura". Trzeci longplay Gorguts jest jeszcze bardziej popieprzony technicznie i trudniej przyswajalny względem poprzedniczek. Co więcej, "Obscura" to ponad godzina wyjątkowej muzyki, pełnej dysonansów, dysharmonii, połamanych partii instrumentalnych, brutalnego growlingu (i to przez aż dwóch wokalistów - Luca i Steeve'a), ale też doskonale skomponowanej. I co warto podkreślić, przez prawie, że cały zespół (poza perkusistą). Większość z utworów powstała przy współpracy nazwisk Lemay/Cloutier/Hurdle, choć na te powolne, najdłuższe trzy ("Illuminatus", "Nostalgia" i "Clouded") największy wpływ mieli nowi członkowie. Począwszy od tytułowego utworu "Obscura", album ten jest wyraźnie zróżnicowany, ale oczywiście bez żadnych przeskoków jakościowych. Kanadyjczycy zachowali spójność materiału.
 
Wraz z premierą "Obscura", Gorguts odeszło w kierunku awangardowych eksperymentów. Wśród całej tej plątaniny riffów i kombinacji do granic możliwości, zespół zachował to co kluczowe dla stylistyki Gorguts, choć odcinając się jednak od czysto death metalowych korzeni grupy.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, przemyślane kompozycje
+technika
+znakomite riffy i solówki
+bardzo wyrazisty bas
+produkcja
+duet wokalny
+nowatorstwo
+okładka
+koncept muzyczny
Wady:
Brak


Ocena końcowa: 10/10



Ciekawostki:
-za partie skrzypiec w utworze "Earthly Love", odpowiada sam Luc Lemay
-jedyna płyta Gorguts, gdzie udziela się aż dwóch wokalistów
-w książeczce do albumu, zawarte zostały cytaty Osho

wtorek, 18 kwietnia 2017

Immolation "Failures For Gods"


Dłuższa przerwa wydawnicza pomiędzy "Here In After" a "Dawn Of Possession", spowodowała że trzeci krążek Immolation pojawił się znacznie szybciej, bo tylko w trzy lata od premiery poprzednika. Nie żeby o jakiś znaczący pośpiech chodziło, z perspektywy fana po prostu po kilku solidnych latach działalności dwa krążki studyjne, to jednak wciąż było za mało. Wszelkie tego typu zażalenia przestały mieć znaczenie, gdy zespół przyspieszył tempo prac i wydał swój kolejny, bardzo ważny w karierze album. A dlatego istotny, iż z nowym perkusistą w składzie, Alexem Hernandezem. W lekko odświeżonej formacji, trzeci longplay Immolation, zatytułowany "Failures For Gods", ukazuje się w 1999 roku.
 
Oprócz tradycyjnie już zajebistej okładki, jak na Immolation przystało, zespół zdecydował się...uprościć logo. Efekt jest więc taki, że ilustracja utrzymana w stylistyce "Here In After", jak na ironię, budzi już niewielkie skojarzenia względem poprzedniczki. W kwestii doboru okładek, nie muszę uzasadniać, że Immolation przyzdobiło swoją płytę, kolejną rewelacyjną ilustracją. To tak oczywiste, że aż "tylko" potwierdzające status zespołu. "Failures For Gods", choć na wyżyny popularności pokroju "Dawn Of Possession" się nie wspiął, to jednak wciąż utrzymywał znakomity poziom.
 
Trzeci longplay Immolation nie ustępuje poprzednim absolutnie niczym. "Failures For Gods" to doskonała porcja death metalu, pomysłowego, świetnie skomponowanego, brutalnego, świeżego i wybitnego. Znacząca różnica polega na tym, iż wraz z zatrudnieniem Alexa Hernandeza, muzyka Immolation stała się jeszcze bardziej brutalna, chaotyczna i ekstremalna - na "Failures For Gods" pojawiają się po raz pierwszy bowiem w historii zespołu blasty! Dowodem niechaj będą perfekcyjnie wyważone "Once Ordained", "Failures For Gods" czy "God Made Filth". W kierunku posępnego klimatu, grupa natomiast zachwyca niesamowicie ciężkim "No Jesus, No Beast", przytłaczającym "Unsaved" oraz "The Devil I Know". Całość jest wprost wyśmienita. Riffy z pod palców Roberta Vigny i Toma Wilkinsona, jak zwykle wwiercają się w mózgownicę, solówki są "wyłącznie" zwieńczeniem możliwości gitarzystów, a growling Rossa Dolana to kwintesencja stylu Immolation.
 
Mniejszy upływ czasu nie wpłynął nawet w najmniejszym stopniu na "Failures For Gods". Wystarczyły trzy lata, by Immolation stworzyło kolejne bezbłędne dzieło w swoim dorobku. "Failures For Gods" raz jeszcze potwierdza klasę zespołu na ogólnoświatowej, death metalowej scenie.


Podsumowując:
Zalety:
+świetny, brutalny growling
+znakomita produkcja
+okładka
+charakterystyczne dla Immolation riffy
+solówki
+przemyślane kompozycje
+warstwa liryczna
Wady:
Brak


Ocena końcowa: 10/10



Ciekawostki:
-jest to pierwszy album z perkusistą Alexem Hernandezem
-pierwszy krążek Immolation, na którym wykorzystane zostało nowe logo zespołu

niedziela, 16 kwietnia 2017

Hellvoid "Eyes Of The Lucifer"


Nie muszę jakoś specjalnie się produkować, iż Hellvoid przynależy do tego wąskiego grona szczęściarzy, którzy mają na siebie pomysł. Dowodem niechaj będzie materiał, który znalazł się na EP-ce "Eyes Of The Lucifer". Już sam fakt wykluczenia roli gitarzysty na rzecz, aż dwóch basistów, powinien skłonić mnie, abym przysiadł nad zawartością tej EP-ki bez wahania (na płycie jednak wciąż towarzyszą nam ciężkie, gitarowe riffy).
 
To tylko EP-ka, można by rzec. Krzywdzącym byłoby jednak jej nie docenić. Hellvoid brzmi niebywale oryginalnie, ogólnie gdzieś na pograniczu sludge/stoner/doom metalu. Dominują więc mocne, metalowe riffy, niesamowicie wyrazisty bas (za przykłady niech posłużą "Earth Cosmosis", "Doomsday" czy "Voidborn"), growling, ale też normalny śpiew ("Black Sky", "Eyes Of The Lucifer"), a wszystko to przyprawione rock 'n' rollową stylistyką, w sposób jaki ta płyta została nagrana. Hellvoid nie ma najmniejszego problemu obracania się w kilku różnych stylach muzycznych. Szkoda tylko, że...to EP-ka. Taki materiał z pewnością nadawałby się na pełny, studyjny album. Gdyby pozbyć się nieciekawego intra i outra (pod postacią "Horns Of The Horse"), dorobić dwa utwory, mielibyśmy konkretny i świetny krążek...jednak, i tak jest zaskakująco dobrze.
 
Bez zwątpienia, Hellvoid zapowiada się bardzo ciekawie. Przeczuwam, że EP-ka "Eyes Of The Lucifer" to przedsmak tego, czym zespół uraczy nas (miejmy nadzieję) za niedługo. Jeżeli debiutancki album będzie jeszcze lepszy, Hellvoid wyląduje na samym szczycie debiutantów roku.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, pomysłowe utwory
+wyrazisty bas
+interesujące riffy
+wokal
+okładka
Wady:
-to tylko EP-ka (chciałoby się więcej...)
-zbędne intro i outro



Ocena końcowa: 8,5/10



Ciekawostki:
-to pierwsze nagrania studyjne z nowym perkusistą i ostatnie z basistą rytmicznym
-utwór "Superhaze" (dostępny w wersji bonusowej) został nagrany w mono i gościnnie na perkusji udziela się tu Adrian Herbasch
-za kompozycję intra odpowiada Mateusz Mateo, wokalista grupy