sobota, 24 czerwca 2017

Darkthrone "Under A Funeral Moon"


Gdy już Darkthrone definitywnie wdrożył się w black metalową stylistykę, wydając znakomity "A Blaze In The Northern Sky", zaledwie kilka miesięcy później, zespół rejestruje kolejną porcję materiału, z myślą o kontynuacji poprzedniczki. Zanim jednak sesja nagraniowa w pełni się rozpoczyna, basista Dag Nilsen "oficjalnie" opuszcza zespół [1]. Darkthrone pozostaje więc w trójosobowym składzie, przechodząc co prawda kilka pomniejszych zmian, które ograniczają się do tego iż, za wszystkie partie gitar odpowiada tym razem Zephyrous, a Nocturno Culto sięga również po bas, choć nie na tyle by znacząco wpływało to na właściwą treść albumu. Trzeci full-length Darkthrone, zatytułowany "Under A Funeral Moon", wydany zostaje w 1993 roku.

Trio popełniło jeszcze lepszą okładkę względem "A Blaze In The Northern Sky", znacznie wyraziściej oddając black metalowy klimat całości "Under A Funeral Moon". Spośród ciemności w lesie, widoczna jest - prawie że wyłącznie - tajemnicza postać w malunku corpse paint. Nic bardziej mylnego, to właśnie Nocturno Culto. Tak czy owak, oprawa graficzna "Under A Funeral Moon" prezentuje się znakomicie, świetnie podkreśla ten charakterystyczny, black metalowy urok ściśle kojarzony (przecież) z Darkthrone. Podobnie jak poprzednio, "Under A Funeral Moon" z miejsca zyskał status klasyki.
 
W stosunku do "A Blaze In The Northern Sky", Darkthrone uczynił wyraźny regres. Krok w tył objawia się chociażby w prostszej konstrukcji utworów, bardzo słabo urozmaiconych partiach gitarowych/perkusyjnych czy w syfiastej produkcji. Kto by jednak pomyślał...na tym właśnie polega geniusz tej płyty! Wraz w wydaniem "Under A Funeral Moon", Norwegowie z Darkthrone stworzyli niezwykle niechlujny i niedbały album, którego potęga tkwi właśnie w kiepskim i odpychającym brzmieniu. Mimo swojej black metalowej prostoty i dosyć skromnego zróżnicowania, longplay posiada niesamowity klimat, każda z kompozycji świetnie ze sobą współgra, każda z nich to istna black metalowa uczta! Nie widzę więc sensu, aby dowodzić, który dokładnie utwór dotyczy każdej z cech "Under A Funeral Moon", ponieważ mógłbym wymienić wszystkie kompozycje począwszy od "Natassja In Eternal Sleep" do "Crossing The Triangle Of Flames", ale co by to dało...tego trzeba koniecznie zasmakować osobiście.
 
To się nazywa mieć tupet. "Under A Funeral Moon" pomimo gorszego brzmienia, produkcji itp., stanowi jedną z najważniejszych płyt w dorobku Darkthrone. Paradoksalnie, "krok wstecz" nadał muzyce Norwegów specyficzny, ale charakterystyczny dla nich, black metalowy styl. Jeśli miałbym wskazać więc jakiś wzorzec prymitywnego black metalu byłby to właśnie m.in. "Under A Funeral Moon".


Podsumowując:
Zalety:
+paskudna produkcja
+świetny, black metalowy klimat
+riffy
+wokal
+okładka
Wady:
Brak


Ocena końcowa: 10/10



Przypisy:
[1] Poprzednim razem muzyk uczestniczył sesyjnie

Ciekawostki:
-utwór "Inn I De Dype Skogers Favn" to jedyny w tym zestawieniu, którego tekst został napisany w całości po norwesku (co ciekawe, jego tytuł po angielsku brzmi "Into The Deep Woods' Embrace")
-wszystkie teksty stworzył Fenriz
-jak się później okaże, "Under A Funeral Moon" to ostatni album Darkthrone z gitarzystą Zephyrous'em

środa, 21 czerwca 2017

Mekong Delta "Mekong Delta"


Oprócz niemieckiej trójcy thrash metalu składającej się na Sodom, Kreator i Destruction, z tego też kraju wywodzili się ekstremalnie progresywni, choć nadal utrzymani na fundamentach czysto thrash metalowych (i niestety mniej znani), Mekong Delta. Ich początki datuje się na 1985 rok, kiedy to z inicjatywy basisty Ralpha Huberta, Mekong Delta oficjalnie rozpoczyna działalność. W następnej kolejności, skład zasilają wokalista Wolfgang Borgmann, perkusista Jörg Michael oraz gitarzyści Frank Fricke i Reiner Kelch, po czym zespół rejestruje debiutancki album, którego tytuł zwie się po prostu "Mekong Delta", a wydany zostaje w 1987 roku.

Zgodnie z nazwą płyty, trudno było się nie spodziewać, aby delta nie stanowiła głównego (i jedynego) punktu oprawy graficznej "Mekong Delta", zwłaszcza że Niemcy dopiero co debiutowali. Dobór okładki uważam za jak najbardziej trafny, świetnie oddaje wczesną stylistykę Mekong Delta. Niemcy nie osiągnęli jednak sukcesu. Znikome zainteresowanie (nawet po tylu latach i pomimo bogatej dyskografii) tłumaczyłoby taką kolej rzeczy, ale...czy słusznie?
 
A no nie. Pod koniec lat osiemdziesiątych progresywny, techniczny czy generalnie eksperymentalny thrash metal zwykle przechodził wielu niezauważonym. Tym bardziej dziwi kiepski odbiór "Mekong Delta", skoro elementy progresywne stanowią funkcję tła, a bynajmniej nie są tak uwypuklone jak to bywało później (czyt. na następnych krążkach). Debiutancki long Niemców bez żadnego problemu wpasowałby się pod standardowy thrash metal, ponieważ bardziej heavy metalowy śpiew, wyrazisty bas (nawet z solówkami!) czy (dosłownie) kilka technicznie instrumentalnych aspektów, nie wpływa na tyle, by "Mekong Delta" nazywać jeszcze w pełni progresywnym dziełem. Dowodzą temu chociażby "Kill The Enemy", "Nightmare Patrol", "Shivas Return", "Without Honour" czy "The Cure". Wyraźnie słychać, że zespół "wdraża się" w muzyczny biznes, co jednak najlepsze "Mekong Delta" słucha się zaskakująco dobrze i bez większych zgrzytów. Owszem, kilka z kompozycji przyswaja się słabiej od reszty, a sam poziom płyty bywa też nierówny, nie mniej jednak Niemcy z Mekong Delta stworzyli kawał zróżnicowanego i godnego uwagi thrash metalu.
 
Reasumując, tak właśnie tworzyła się legenda Mekong Delta - jednego ze stwórców progresywnego thrash metalu. Po wydaniu debiutanckiego "Mekong Delta", zespół wciąż co prawda się kształtował i wciąż szukał własnego brzmienia, to jednak wyróżniał się na tle pozostałych, a już niebawem odnalazł własny i niepowtarzalny styl.


Podsumowując:
Zalety:
+brzmienie
+wyrazisty bas
+znakomite solówki
+wokal
+bardzo dobre, przemyślane kompozycje
+okładka
Wady:
-nierówny poziom kompozycji
-niezbyt techniczne aranżacje


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-utwór "Black Sabbath" to zlepek różnych zagrywek, wyodrębnionych z różnych płyt, scalonych przez Mekong Delta w jedno, a stworzonych przez...oczywiście Black Sabbath
-producentem płyty był również basista grupy Ralph Hubert

niedziela, 18 czerwca 2017

Deicide "Serpents Of The Light"


Bogobójcy nie kazali sobie zbyt długo czekać, by uderzyć z kolejnym, iście death metalowym albumem, zaraz po bardzo kontrowersyjnym "Once Upon The Cross". Tylko dwa lata - stosunkowo niedługo, ale jak na Deicide zupełnie wystarczająco. Trzeba przyznać, że tempo pracy mieli jednak godne podziwu. Czwarty longplay Deicide, zatytułowany "Serpents Of The Light", wydany zostaje już w 1997 roku.
 
Zaraz po kontrowersyjnej okładce z "Once Upon The Cross", w kolejce stoi równie antychrześcijańska ilustracja zdobiąca właśnie "Serpents Of The Light". Ofiarą Deicide padł oczywiście ponownie sam Jezus Chrystus, tym razem ukazany w cierpieniu tytułowych "węży światła". Oprawa graficzna "Serpents Of The Light" wywołuje piorunujące wrażenie, prezentuje się znakomicie. Bazując więc na zasługach poprzednika (czysto promocyjnych rzecz jasna), "Serpents Of The Light" nie osiągnął sukcesu na miarę "Once Upon The Cross", choć przyjął się całkiem nieźle.
 
Po wydaniu niezwykle "pokomplikowanego" albumu "Legion", Deicide postanowił nie zapędzać się zbytnio i odejść w przeciwnym kierunku, czemu dowodził wspominany wielokrotnie "Once Upon The Cross". Poniekąd, "Serpents Of The Light" kontynuuje wówczas wytoczoną ścieżkę, ale...nie do końca, a bynajmniej nie w takim samym stopniu. Czwarty, studyjny album Deicide, podobnie jak poprzednik, należy do tych raczej prosto skomponowanych, równie bezpośrednich i bez żadnych technicznych szaleństw, różnice sprowadzają się generalnie do innej produkcji i podkręcenia poziomu brutalności. Łącząc to co kluczowe dla wszystkich trzech poprzednich płyt, Deicide stworzył, kolejny znakomity album w swojej bogatej dyskografii. Każda z kompozycji brzmi iście death metalowo, bardzo konkretnie (większość z utworów nie przekracza trzech minut czasu trwania, a jak już to niewiele ponad), utrzymana przeważnie w bardzo szybkim tempie (skłonna też do zwalniania w stylu "Once Upon The Cross"), w ekstremalnym dla Deicide stylu. Kwestię formy Glena Bentona i spółki pozostawiam już tradycyjnie na koniec, gdyż muzycy ponownie pokazali się od najlepszej strony. Nie wiem tylko co się stało z brzmieniem gitar, brzmią naprawdę źle, płasko, rodem z jakiejś niskobudżetowej demówki. Do niezbyt dobrej produkcji przyzwyczaić się jak najbardziej można, aczkolwiek psuje to ogólne, świetne wrażenie "Serpents Of The Light".
 
Mimo zmian jakie Deicide przechodził (i jeszcze będzie przechodził!), "Serpents Of The Light" wzorcowo opiera się na klasyce zespołu, jak i nie oddala zbyt daleko od tradycji Deicide. Świetnie zostały zachowane proporcje między wszystkimi poprzednimi krążkami, przez co "Serpents Of The Light" prezentuje nam kolejne, trochę inne, ale niezmiernie interesujące oblicze zespołu.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, death metalowe kompozycje
+brutalny growling Bentona
+krótki czas trwania albumu
+riffy i solówki
+partie perkusyjne
+okładka
+teksty
Wady:
-brzmienie gitar


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-tekst do utworu "This Is Hell We're In" dotyczy problemów w małżeństwie przez jakie wówczas Glen Benton przechodził, z kolei tekst do "The Truth Above" odnosi się do tematu...istot pozaziemskich

czwartek, 15 czerwca 2017

Cannibal Corpse "Eaten Back To Life"


Cannibal Corpse - specjaliści od kontrowersji, ale i również fachowcy od death metalu, pionierzy gatunku obok Deicide, Morbid Angel czy Obituary, legenda, którą można by przywdziać w masę innych, "piorunujących" epitetów. Nikomu z fanów ekstremalnych brzmień nie trzeba przedstawiać bowiem jednego z najbrutalniejszych zespołów w dziejach - ich trzeba po prostu kurwa znać. Inicjatywą basisty Alexa Webstera, perkusisty Paula Mazurkiewicza, wokalisty Chrisa Barnesa oraz gitarzystów Jacka Owena i Boba Rusey'a, Cannibal Corpse zostaje utworzony w 1988 roku. Bez większych problemów (pomijając dosyć skąpy budżet), zespół nagrywa w 1989 roku demówkę zatytułowaną "Cannibal Corpse", po czym rok później, debiutancki album - "Eaten Back To Life".

Nazwa zespołu, a już zwłaszcza tytuł ich debiutanckiego albumu, musiał skrywać za sobą równie krwawą i "niesmaczną" (sic!) oprawę graficzną. Jak jednak czas pokazał, okładka zdobiąca "Eaten Back To Life" to jedna ze słabszych w dyskografii Cannibal Corpse, bo również jedna z pierwszych jakie stworzył Vincent Locke - artysta, który niebawem zasłynie z tego typu "okropieństw" na o wiele szerszą skalę. "Eaten Back To Life" osiągnął spory sukces, także dzięki licznym kontrowersjom (do jakich się przecież przyczynił), ale też poprzez muzykę.
 
Ni mniej, jak ni więcej, "Eaten Back To Life" to kawał wzorcowego i brutalnego death metalu, jaki znacznej większości już powszechnie jest dobrze znany (wtedy rzecz jasna tego typu muzyka dopiero co się kształtowała). Dominują więc ciężkie, death metalowe riffy, szybkie partie perkusyjne (oczywiście bez szaleństw) oraz brutalny growling Chrisa Barnesa. Spójność "Eaten Back To Life" należałoby więc uznać za zaletę debiutu Cannibal Corpse, choć tym właśnie trafem nasuwa się kolejny wniosek - poszczególne utwory ciężko między sobą rozróżnić. Tak czy owak, płyta utrzymana została na zaskakująco równym poziomie, słucha się jej bez większych zgrzytów.
 
Nie ma wątpliwości co do statusu "Eaten Back To Life", jednak na tle "konkurencji" wypada on trochę słabiej. Wyraźnie słychać, że Cannibal Corpse ledwo co zadebiutowali i ledwo co wkręcili się w muzyczny biznes. To były zaledwie początki, bo znając ich bardzo wysoką formę, z jakiej później zasłynęli, zespół rozwinął skrzydła, nagrywając szereg jeszcze lepszych płyt, względem debiutanckiej.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, spójne kompozycje
+wokal
+bardzo dobre riffy
+ciekawie napisane teksty (o tematyce gore)
+spora dawka brutalności
Wady:
-brak większego elementu zaskoczenia
-słabo wyrazisty bas


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-w utworach "Mangled" oraz "A Skull Full Of Maggots", gościnnie udzielają się Glen Benton (Deicide) i Francis Howard (Incubus, Opprobrium)

niedziela, 11 czerwca 2017

Testament "Practice What You Preach"


Ciężki to tryb pracy, podczas gdy dany zespół co roku wydaje płytę i jednocześnie aktywnie koncertuje. Nie mniej jednak, we wczesnych latach działalności, taki był właśnie Testament - bardzo pracowity i głodny sukcesu (chociaż na brak zainteresowania narzekać nie mogli). Zaraz po premierze "The New Order", zespół tworzy nowe kompozycje, czego efektem jest "Practice What You Preach" - trzeci, studyjny album Testament, wydany w 1989 roku.

Od strony graficznej, Testament spisał się jeszcze lepiej niż poprzednio. Zamysł na okładkę zdobiącą "Practice What You Preach" nie był jednak jakiś szczególnie odkrywczy (coś na zasadzie "The New Order"), ale z pewnością interesujący. Sposób wykonania ilustracji (autorstwa Williama Bensona), urzeka dbałością co do szczegółu i bardzo trafnie oddaje stylistykę zespołu. "Practice What You Preach" sprzedawał się zaskakująco dobrze, choć nie osiągnął sukcesu na miarę poprzednika.

Wraz z wydaniem "Practice What You Preach", zapoczątkowany został (niekoniecznie) nowy kierunek w muzyce Testament. Przez następne trzy lata, zespół bowiem starał się tworzyć coraz to bardziej melodyjne i bardziej przystępne utwory. Oczyyywiście, melodie od zawsze składały się na stylistykę Testament (nie brakowało ich przecież, chociażby nawet na debiutanckim "The Legacy"). W przypadku "Practice What You Preach" i następnych dwóch płyt, zaczęły one stanowić jednak najważniejszą składową muzyki. Sprawdza się to całkiem nieźle, zwłaszcza na początku ("Perilous Nation", "Time Is Coming", "Envy Life" czy tytułowy "Practice What You Preach"), ale też pod koniec ("Nightmare (Coming Back To You)" bądź "The Ballad"). W środku natomiast (tj. "Greenhouse Effect" czy "Sins Of Omission") i w wieńczącym, instrumentalnym "Confusion Fusion", poziom albumu wyraźnie słabnie. Utwory nie wyróżniają się niczym szczególnym, tym bardziej rozczarowuje kompozycja instrumentalna (na "The New Order" utwory instrumentalne stanowiły spory atut). Poza kilkoma słabostkami (jak np. słabo urozmaicone partie perkusyjne czy niezbyt powalające brzmienie), "Practice What You Preach" trzyma w miarę równy poziom, podobać się mogą na pewno thrash metalowe riffy, znakomite solówki Alexa Skolnicka oraz melodyjny śpiew Chucka Billy'ego (growling stanowi raczej tło, rzadko kiedy się pojawia) - czyli elementy dobrze znane z poprzednich płyt - ale też bardzo spokojna, utrzymana w duchu Metalliki i godna wyróżnienia, ballada o stosunkowo zbyt oczywistym tytule - "The Ballad". Takiego utworu Testament wcześniej nie stworzył.
 
Spadek nie jest na tyle widoczny, by "Practice What You Preach" uznać za jakąś znaczącą porażkę, choć krążek ten nie wpisuje się w tzw. "syndrom trzeciej płyty". W porównaniu do poprzedniczki, album jawi się jako bardziej melodyjna kontynuacja "The New Order".


Podsumowując:
Zalety:
+bardzo dobre kompozycje
+wokal
+riffy
+znakomite solówki
+wyrazisty bas
+okładka
+teksty
+melodie
Wady:
-słabo urozmaicone partie perkusyjne
-nierówny poziom kompozycji


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-przy chórkach, pomagały takie osoby jak: Mark Walters, Bogdan Jablonski, Willy Lang i Elliot Cahn
-do utworów "Practice What You Preach" (link), "Greenhouse Effect" (link) i "The Ballad" (link) powstały teledyski
-album osiągnął 77 miejsce w zestawieniu Billboard 200

piątek, 9 czerwca 2017

Napalm Death "Harmony Corruption"


Po niezbyt zaskakującym, ale stosunkowo świetnie utrzymanym w tradycji "Scum", "From Enslavement To Obliteration", Brytyjczycy z Napalm Death doszli do wniosku, by pójść o krok dalej. Dotychczasowy skład ulegał jednak coraz to mocniej widocznej rozsypce. Krótko po premierze "From Enslavement To Obliteration", wokalista Lee Dorian i gitarzysta Bill Steer odeszli z Napalm Death. Dorian stopniowo tracił zainteresowanie grindcore'em, a Steer na stałe zajął się swoim (wtedy jeszcze) goregrind'owym Carcass. Shane Embury i Mick Harris postanowili kontynuować działalność pod szyldem Napalm Death, dzięki czemu wokalistą został Mark "Barney" Greenway, a na miejscu gitarzystów pojawili się Mitch Harris [1] i Jesse Pintado (znany wcześniej z Terrorizera). W tym oto składzie, dwa lata od poprzednika, zespół wydaje swój trzeci, studyjny album - "Harmony Corruption".
 
Pod względem czysto wizualnym, charakterystyczna stylistyka okładek Napalm Death została zachowana, także przy "Harmony Corruption". Od strony graficznej, zespół spisał się więc znakomicie. Trzeci longplay Brytyjczyków wywołał jednak sporo kontrowersji, począwszy od zmian personalnych w zespole, skończywszy na tym, iż Napalm Death oddaliło się w innym kierunku niż poprzednio.
 
A no właśnie...w stosunku do poprzedniczki, "Harmony Corruption" zrywa ze ściśle kojarzonymi z grindcore'em standardami. Nie rezygnując z dawnej brutalności, nowe, death metalowe oblicze Napalm Death, sprawdza się w tym wydaniu zaskakująco świetnie i równie spójnie, co poprzednio. Ryzyko, jakie wiązało się ze zmianą na stanowisku wokalisty, po przesłuchaniu "Harmony Corruption" nie pozostawia żadnych wątpliwości - Barney spisał się znakomicie w tej roli. W dalszej kolejności, kawał doskonałej roboty odwalili gitarzyści (dla przykładu "Inner Incineration", "The Chains That Bind Us", "Mind Snare" czy "Vision Conquest"), tworząc riffy...w niebywale charakterystycznym dla Napalm Death stylu. Bardziej death metalowe podejście do muzyki, w lekkim stopniu wpłynęło na szybkość partii perkusyjnych - Mick Harris zdecydował się zagrać znacznie wolniej, niż poprzednio (oczywiście z rozsądkiem, gdyż blastów nie brakuje). Suma summarum, Brytyjczycy znaleźli tzw. "złoty środek", połączyli na "Harmony Corruption" stare patenty znane nam z wcześniejszych płyt, ale też wprowadzili całą gamę nowych.
 
Gdyby wszyscy zatem znali odpowiednie proporcje jakie należałoby stosować przy wprowadzaniu zmian w tworzonej przez siebie muzyce na wzór Napalm Death i jego "Harmony Corruption", pojęcie "zdrady ideałów" byłoby raczej rzadko spotykane. Pomimo sporej utraty składu, zespół poradził sobie z trudnościami jakie Brytyjczyków spotkały pod koniec lat dziewięćdziesiątych i nagrali tak znakomity album jak "Harmony Corruption".


Podsumowując:
Zalety:
+riffy (!)
+świetna zmiana na stanowisku wokalisty
+przemyślane i zróżnicowane kompozycje
+kierunek w stronę death metalu
+teksty
+okładka
+bas
Wady:
Brak


Ocena końcowa: 10/10



Przypisy:
[1] Mimo tego samego nazwiska co perkusista, Mitch Harris nie był bliżej spokrewniony z Mickiem

Ciekawostki:
-w utworze "Unfit Earth" gościnnie udzielają się John Tardy (Obituary) i Glen Benton (Deicide)
-na reedycjach "Harmony Corruption", dołączona do płyty została EP-ka poprzedzająca album - "Mentally Murdered"
-jako utwór bonusowy, zespół załączył jeszcze jedną kompozycję "Hiding Behind"
-na singlu promującym longplay (zatytułowanym "Suffer The Children"), znajduje się intro/outro o nazwie..."Harmony Corruption"

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Paradise Lost "Lost Paradise"


Początki działalności Paradise Lost, były wielce odległe od czasów, kiedy to zespół zyskał największy rozgłos oraz gdzie szeroka skala popularności ominęła wczesny, doom/death metalowy okres Brytyjczyków. Tym bardziej szkoda, zwłaszcza, że zarówno demówki jak i debiutancki longplay Paradise Lost, zdefiniowały kierunek jakim powinien cechować się szorstki i surowy doom/death metal. Nie mniej jednak, inicjatywą wokalisty Nicka Holmesa, basisty Stephena Edmondsona, perkusisty Matthewa Archera oraz gitarzystów Gregora Mackintosha i Aarona Aedy'a, zespół utworzony zostaje w 1988 roku. Po serii obiecujących demówek (których zliczyć można aż trzy), Paradise Lost rejestruje materiał na swój debiutancki album, który zatytułowany przewrotnie "Lost Paradise", ukazuje się w 1990 roku.
 
Ściśle powiązana z wczesnym etapem działalności Paradise Lost, jest dziwaczna, pseudofuturystyczna oprawa graficzna, na której na czele znajduje się postać łudząco przypominająca Predatora (z filmu o tym samym tytule). Trzeba przyznać jednak, że okładka zdobiąca "Lost Paradise" nie należy do największych atutów wydawnictwa, co więcej, stanowi niezbyt zachęcający ozdobnik płyty. Jeśli chodzi natomiast o zawartość czysto muzyczną, debiutancki longplay Paradise Lost przyjął się całkiem nieźle, choć bez rewelacji.
 
Najprostszym wyjaśnieniem takiej a nie innej sytuacji, wskazałbym na sukces następnych płyt. "Lost Paradise" składa się bowiem na klasykę brytyjskiego doom/death metalu, zdecydowanie wartą odkopania z tylu warstw kurzu, jaką ją pokrywa, ale trochę już zapomnianą. Zgodzę się, do perfekcji jeszcze zabrakło, zespół dopiero co stawiał pierwsze kroki. Zgodnie jednak z niezbyt komfortowymi warunkami jakie towarzyszyły podczas nagrań "Lost Paradise", utwory zdominowały ciężki, death metalowy klimat. Trudno oprzeć się chociażby "Rotting Misery", "Frozen Illusion", "Deadly Inner Sense" czy "Breeding Fear", które budzą skojarzenia we właśnie tym kierunku. Jeśli o strukturę kompozycji chodzi (riffy, partie solowe czy ogólne aranżacje), debiutancki krążek Paradise Lost sporo zawdzięcza wczesnemu Black Sabbath, co nie tyczy się wokalisty. Nick Holmes ogranicza się wprawdzie tylko do growlingu, ale czyni to z klasą jak nikt inny. Największy mankament "Lost Paradise" dotyczy...samych kompozycji. A raczej ich czasu trwania i dosyć niskiego zróżnicowania. Znaczna większość z nich przekracza czas czterech minut, przez co zdecydowanie lepszym zabiegiem byłoby poskracanie co poniektórych z utworów.
 
Po tylu latach od premiery, "Lost Paradise" należy uznać za całkiem udany album, świetnie odzwierciedlający wczesny okres zespołu Gregora Mackintosha. Co prawda, nie ukazujący w pełni potęgi Paradise Lost, ale dowodzący temu, iż Brytyjczycy potrafili jednak odnaleźć się w doom/death metalowej stylistyce.


Podsumowując:
Zalety:
+klimat
+bardzo dobre kompozycje
+ciekawe aranżacje
+partie solowe
+wokal
+teksty
Wady:
-"niedoszlifowana" produkcja
-długość utworów


Ocena końcowa: 7,5/10



Ciekawostki:
-w utworze "Breeding Fear", gościnnie udziela się wokalistka Kay Field
-na album nie trafiły, znane z demówek Paradise Lost, takie kompozycje jak: "Morbid Existence" i "Drown In Darkness"