poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Annihilator "Never, Neverland"


Po wybitnym i doskonale, technicznie thrash metalowym "Alice In Hell", w niecałe pół roku od wydania debiutu, Annihilator traci świetnego wokalistę jakim był Randy Rampage, po czym gitarzysta i lider zespołu Jeff Waters wraz z perkusistą Ray'em Hartmannem, decydują się zatrudnić na jego miejsce Coburna Pharra, ale również poszerzyć skład o basistę Wayne'a Darley'a i drugiego gitarzystę Dave'a Scotta Davisa. Pod dowództwem Watersa i zaledwie kilku miesięcy komponowania, drugi, studyjny album Annihilator zatytułowany "Never, Neverland" ukazuje się w błyskawicznym tempie, co do "Alice In Hell", ponieważ już w 1990 roku.

Pod względem oprawy wizualnej "Never, Neverland", Kanadyjczycy nie dali po sobie znać, aby na przestrzeni tych kilku miesięcy zaszły jakiekolwiek zmiany wewnątrz personalne. Okładka kontynuuje koncept znany nam z debiutu, co nie mniej jednak prezentuje się świetnie i zgrywa we wspólną, przejrzystą całość. Do podobieństw z "Alice In Hell" należy zaliczyć także komercyjny sukces, na którym odbiła się zawartość "Never, Neverland", dzięki której to Annihilator utrzymał dotychczasowy status zespołu.
 
Prawda jednak jest taka, że zainteresowanie "Never, Neverland" byłoby znacznie mniejsze, gdyby nie doskonałe kompozycje jakie znalazły się na "Alice In Hell". Otóż, drugi longplay Annihilator to wyraźny krok wstecz i rozczarowanie względem debiutu. Niezbyt przyzwoitą decyzją była zmiana na stanowisku wokalisty (ponieważ Coburnowi Pharrowi sporo brakuje do Randy'ego Rampage'a), ale głównie rozwodzi się o muzyce, która stała się mniej techniczna, a bardziej ukierunkowana na standardową mieszankę pomiędzy thrash i heavy metalem. Brakuje w tym wszystkim jednak elementu spontanu, niektóre z utworów nie potrafią zaleźć za skórę, a sam krążek trzyma generalnie dosyć nierówny poziom ("Kraf Dinner", "Reduced To Ash" czy "I Am In Command"), co po małym podsumowaniu, równa się także ze zbyt wygładzoną i rozwodnioną produkcją całości "Never, Neverland". Bez zmian pozostały rewelacyjne solówki Jeffa Watersa, kilka z kompozycji niedalekich czym dokładnie "czarował" debiut ("The Fun Palace", "Sixes And Sevens", "Never, Neverland" czy "Stonewall"), ale również...melodie, bez zbędnego słodzenia (z czym później bywało różnie).
 
Pewne okoliczności ciężko odtworzyć w dokładnie tym samym co poprzednio stopniu, a zazwyczaj sposób tego typu "kontynuacji" pozostawia wiele do życzenia i wydaje się być nie na miejscu. "Never, Neverland" jest tego wzorcowym przykładem, gdyż w żadnym wypadku nie dorównuje swojej poprzedniczce.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, wirtuozerskie solówki
+melodie
+okładka
+dobre, przyzwoite riffy
+wyrazisty bas
Wady:
-nierówny poziom kompozycji
-bardzo słyszalne zmiany w składzie


Ocena końcowa: 7,5/10



Ciekawostki:
-do utworów "The Fun Palace" (link) i "Stonewall" (link) powstały teledyski
-na demówkach poprzedzających premierę "Never, Neverland" pojawiły się utwory ("Back To The Crypt" oraz "Gallery"), które powstały już za czasów "Alice In Hell". W przypadku tego też krążka, z niewiadomych przyczyn również nie znalazły się na finalnej wersji albumu
-utwór "Phantasmagoria" został skomponowany na etapie nagrywania "Alice In Hell"

czwartek, 17 sierpnia 2017

Quo Vadis "Forever..."


Kanadyjczycy z Quo Vadis nie mieli zbyt wiele wspólnego z naszym, rodowitym Quo Vadis, poza tym, że nie będąc zupełnie świadom "zerżnęli" nazwę od szczecinian. Na tym "podobieństwa" na szczęście się kończą, gdyż oba zespoły pomimo tej samej nazwy, różnią się pod każdym względem. Bez zbędnego przedłużania, inicjatywą gitarzysty/wokalisty Barta Frydrychowicza Quo Vadis zostaje założone w 1993 roku i wraz z gitarzystą Ariem Itmanem, perkusistą Yanickiem Bercierem oraz basistą Rémym Beauchampem, dwa lata później ukazuje się pierwsza demówka zespołu zatytułowana "Quo Vadis", a za rok debiutancki album - "Forever...".
 
Od strony graficznej debiut Kanadyjczyków prezentuje się bez większych zastrzeżeń i nie na tyle skromnie, by nie było na czym dokładnie zawiesić wzroku. I jak się okaże też później, Quo Vadis nie miewało żadnych problemów z poziomem wykonawczym okładek, począwszy właśnie od "Forever...". Sam album niestety przemknął niezauważonym.
 
Pomimo tylu lat od premiery, "Forever..." nie zestarzała się zbyt dobrze na tyle na ile by powinna, a stała się powszechnie zapomnianym i niedocenionym krążkiem. Trudno przejść jednak obojętnie wobec tego typu muzyki, ponieważ w przypadku zawartości debiutu Quo Vadis wydaje się to wręcz niezrozumiałe. Dziesięć utworów składających się na "Forever...", łączy ze sobą bowiem melodic death metal i technical death metal, czego efektem jest świetnie wyważona i wyborna mieszanka, którą podsyca dodatkowo dosyć specyficzny, folklorystyczny klimat (słyszalny np. w "As I Feed The Flames Of Hate", "Carpae Deum", "Sans Abris"). A uwierzcie mi, że Quo Vadis potrafi łączyć obydwa z podgatunków i czyni to na bardzo wysokim poziomie (o czym świadczą chociażby "Pantheon Of Tears", "Legions Of The Betrayed", "The Day The Universe Changed" czy "Zero Hour"). Bez złośliwości zarzucić mogę, iż odstaje produkcja, w której trochę zbyt wyraźnie giną gitary za perkusją (co nie tyczy się basu), ale na szczęście nie w takim stopniu, by całokształt "Forever..." jakoś szczególnie na tym tracił.
 
Niezbyt sterylne brzmienie nie powinno nikogo mocniej zrazić do zawartości debiutu Kanadyjczyków, gdyż muzyka zawarta na "Forever..." oferuje znacznie więcej - wykraczając poza sztywną granicę między technicznym a melodyjnym death metalem.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, zróżnicowane kompozycje
+wokal(e)
+wyrazisty bas
+partie perkusyjne
+riffy i solówki
+okładka
Wady:
-produkcja


Ocena końcowa: 9/10



Ciekawostki:
-niektóre wydania "Forever..." zawierają błędnie podany tytuł "Legions Of The Betrayed" widniejący jako "Legions Of The Betrtayed"
-partie skrzypiec z "Carpae Deum" zostały zainspirowane utworem, autorstwa Arcangela Corelli, "La Follia"
-za kobiece partie wokalne w "Sans Abris" odpowiedzialna jest Sebrina Lipari

sobota, 12 sierpnia 2017

Paradise Lost "Gothic"


Tuż po premierze "Lost Paradise", kwintet z Halifax komponował materiał w innym niż poprzednio kierunku, zarówno bogatszym i ciekawszym aranżacyjnie, ale bez szaleństw. W tym samym co rok wcześniej składzie, Paradise Lost nagrywa "Gothic" - swój drugi, studyjny album, którego premiera przypada w 1991 roku.
 
W tamtych czasach metal gotycki nie bywał jeszcze na tyle kiczowaty i "tani" jak teraz, a prezentował się zdecydowanie inaczej, na co chociażby wskazywała dosyć nietypowa oprawa graficzna zdobiąca "Gothic" i sama muzyka, która...w dalszym ciągu była równoznaczna z doom metalem. Pomimo mniejszej czytelności okładki, sposób wykonania przeważa nad tym z "Lost Paradise", prezentując się w znacznie ciekawszym stopniu. W przeciwieństwie do poprzedniczki, "Gothic" w pełni ukształtowała wczesny, doom/death metalowy okres w działalności Paradise Lost.
 
"Gothic" jest bez zwątpienia wyraźnym krokiem na przód względem "Lost Paradise". Nie zanikły pewne cechy charakterystyczne dla wczesnego Paradise Lost, Brytyjczycy podnieśli jednak poprzeczkę jeszcze wyżej i rozegrali cały materiał w znacznie ciekawszy niż poprzednio sposób. W zestawieniu szorstkich, doom metalowych riffów, wspartych mocnym growlingiem Nicka Holmesa i jedynych w swoim rodzaju solówek Gregora Mackintosha, zaskakują na "Gothic" nowości skryte pod postacią kobiecych partii wokalnych ("The Painless", "Gothic", "Dead Emotion") oraz orkiestracji ("Eternal", "Desolate"), dzięki czemu krążek nie zlewa się w jedno, a poszczególne kompozycje nie sprawiają problemu w rozróżnianiu między sobą. "Gothic" to kawał świetnej doom metalowej muzyki, okraszonej jednak staroświecką (a wręcz archaiczną) produkcją, na której cierpi całość longplaya.
 
Reasumując, w zaledwie rok od wydania "Lost Paradise", Paradise Lost zaliczył wyraźny progres w stosunku do debiutu, przez co muzyka zawarta na "Gothic" stała się znacznie bardziej interesująca i klimatyczna. Ci którzy trawią ciężki oraz ciekawy aranżacyjnie doom metal z niezbyt klarownym brzmieniem, bez wahania powinni sprawdzić czym dokładnie jest "Gothic".


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, doom metalowe kompozycje
+wokal
+riffy
+solówki
+ciekawe aranżacje
+okładka
+klimat
Wady:
-brzmienie


Ocena końcowa: 8,5/10



Ciekawostki:
-za kobiece partie wokalne odpowiedzialna jest Sarah Marrion
-wszystkie orkiestracje zostały nagrane przez The Raptured Symphony Orchestra
-poprzez różne filtry, okładka zdobiąca "Gothic" przedstawia nam...bluzę Matta Archera zawieszoną na stopie perkusyjnej

wtorek, 8 sierpnia 2017

Cryptopsy "Whisper Supremacy"


Problemy wewnątrz personalne, z jakimi borykali się Kanadyjczycy z Cryptopsy po wydaniu "None So Vile", poskutkowały utratą charakterystycznego frontmana, jakim był Lord Worm i dalszą kontynuacją działalności już z Mike'iem DiSalvo za mikrofonem oraz drugim gitarzystą Miguelem Roy'em. W tzw. międzyczasie Flo Mounier, Jon Levasseur oraz Éric Langlois komponowali materiał, którego efektem był "Whisper Supremacy" - trzeci, studyjny album Cryptopsy, wydany w 1998 roku.
 
Cieszy sam fakt, że pod względem oprawy graficznej, Cryptopsy nie porywało się jednak na jakieś kosmiczne wolty stylistyczne i zachowało swój własny wizerunek okładek, wedle tego co przedstawia "Whisper Supremacy". Co więcej, to właśnie tu pojawił się charakterystyczny symbol zespołu, wykorzystywany również przez kolejne lata. Łatwo było jednak przewidzieć, że ze względu na brak Lorda Worma w składzie, "Whisper Supremacy" nie dorówna "None So Vile" w dokładnie tym samym co poprzednio stopniu.
 
Utrata wokalisty odbiła się zdecydowanie na niekorzyść Cryptopsy. Nie będę zbytnio odkrywczy w kwestiach zmiany frontmana, gdyż Mike DiSalvo "na zastępstwie" Lorda Worma sprawdza się źle, a jego "czytelniejszy" i pozbawiony szaleństwa growling kompletnie nie pasuje do stylistyki Kanadyjczyków. Drugorzędny problem stanowią...kompozycje. A raczej struktura co poniektórych z nich. "Whisper Supremacy" jawi się jako standardowy przerost formy nad treścią, w sporej części będący utechnicznionym na siłę. Całe szczęście, nie w całości. Bo gdy odrzucimy irytującą manierę DiSalvo (a to jednak łatwe nie jest) i setki polepionych ze sobą przypadkowo i bez ładu technicznych przejść, wciąż słychać kto jest "właściwym" wykonawcą. Spodobać się mogą, utrzymane w dawnym stylu "Loathe", "Emaciate", "White Worms", "Flame To The Surface" czy "Serpent's Coil", a jeśli o bardziej "eksperymentalny" (czyt. "jazzowy") charakter kompozycji chodzi, należy wskazać "Cold Hate, Warm Blood". W stosunku do poprzedniczki, "Whisper Supremacy" pod względem techniki niczego nie brakuje, całość niestety cierpi na wyraźnie odczuwalnych przetasowaniach w składzie.
 
Pomimo straty Lorda Worma i nowego, "stabilniejszego" składu, Cryptopsy nie do końca sobie poradziło jak dokładnie "Whisper Supremacy" ma odzwierciedlać wszystkie te zmiany, jakie wówczas zaszły. Zawinił przede wszystkim niewłaściwy dobór nowego frontmana i brak proporcji co do techniki, która zdominowała album.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne partie perkusyjne
+wyrazisty bas
+produkcja
+okładka
+spora dawka brutalności
Wady:
-wokal
-niezbyt ciekawe i zbyt pokombinowane aranżacje


Ocena końcowa: 7/10



Ciekawostki:
-w utworach "Cold Hate, Warm Blood" oraz "Loathe", gościnnie udziela się dawny wokalista Cryptopsy, Lord Worm
-teksty do "White Worms" i "Cold Hate, Warm Blood" zostały napisane przez Lorda Worma, oprócz "Depths You've Fallen", którego autorem jest Gen DiSalvo, oraz pozostałych autorstwa Mike'a DiSalvo

sobota, 5 sierpnia 2017

Napalm Death "Fear, Emptiness, Despair"


Będąca wynikiem podsumowania dotychczasowej kariery Napalm Death "Utopia Banished", spowodowała, że dalsza działalność studyjna kwintetu stała się coraz to mocniej eksperymentalna i coraz to bardziej odległa od dawnych, grindcore'owych korzeni sprzed lat osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych. Wszystkie te zmiany znalazły swe odzwierciedlenie wraz z sesją nagraniową "Fear, Emptiness, Despair" i premierą krążka w 1994 roku. Gdy piąty longplay brytoli ujrzał w końcu światło dzienne, Napalm Death przeszło kolejną woltę stylistyczną.

Sporo wątpliwości wzbudza nie najwyższych lotów oprawa graficzna, z której - nie wiedzieć czemu - pozbyto się klasycznego logo Napalm Death. Tym razem, zespół zdecydował się bowiem uprościć okładkę. W porównaniu do tych z poprzednich płyt, Brytyjczycy nie postarali się jednak na tyle, by zainteresować od strony graficznej (a wręcz olali temat). Spadek formy przyczynił się niestety do tego, iż "Fear, Emptiness, Despair" wywołał w zespole poważny kryzys, który pociągnąć się miał jeszcze przez kilka, następnych lat.
 
Ciężko doszukiwać się drastycznych zmian w stylistyce Napalm Death, bo wciąż słychać dokładnie kto jest właściwym wykonawcą "Fear, Emptiness, Despair". Nowością, którymi są inspiracje industrial/groove metalem także były same w sobie całkiem znośne, ale...w żadnym kurwa wypadku, nie oddalanie się od ekstremy! I nie żebym ślepo ograniczał się i zamykał na wszelkie eksperymenty (wtedy bym raczej nie docenił "Harmony Corruption"), na "Fear, Emptiness, Despair" kwintet nie potrafi do końca się jednak określić co właściwie chce grać, przez co z jednej strony próbuje nie odcinać się od własnych korzeni (co i tak nie wychodzi), a z drugiej porywa się tam gdzie nie powinien - w kierunku niezwykle nieciekawych, powolnych utworów (od których przecież od zawsze trzymał się z daleka!). "Fear, Emptiness, Despair" z każdym kolejnym razem odsłuchu, męczy jednak coraz to wyraźniej. Bo choć Napalm Death trzyma jakiś tam "przyzwoity" poziom, daleko temu do "Harmony Corruption" czy "Utopia Banished". Pomimo przebłysków pod postacią "Hung", "Plague Rages" czy "Throwaway", trudno zaakceptować rozmyte i bez wyrazu "Remain Nameless", "Twist The Knife (Slowly)", "State Of Mind", "Armageddon X 7" czy "Retching On The Dirt", co w zestawieniu z bardzo płaską produkcją (na której szczególnie cierpi brzmienie blastów), odzwierciedla niezbyt dobry całokształt "Fear, Emptiness, Despair".
 
Zabrakło tzw. "myśli przewodniej" jak to wszystko ma zabrzmieć. Bo odrzucając dawną stylistykę na bok, Napalm Death przy tych dziwacznych eksperymentach, zapomniał gdzie tkwi kluczowa siła w ich kompozycjach. Brytyjczycy oddalili się stanowczo za daleko, przez co "Fear, Emptiness, Despair" prezentuje się głównie rozczarowująco, a co najwyżej średnio.


Podsumowując:
Zalety:
+spójność materiału
+inspiracje industrial/groove metalem
+teksty
+wokal
+przyzwoite riffy
Wady:
-nieciekawe, pozbawione ekstremy kompozycje
-produkcja


Ocena końcowa: 6/10



Ciekawostki:
-pierwotny tytuł "Fear, Emptiness, Despair" zwał się "Under Rule"
-utwór "Twist The Knife (Slowly)" znalazł się na ścieżce dźwiękowej do filmu "Mortal Kombat"
-jako bonusy, zespół zamieścił na rozszerzonej wersji "Fear, Emptiness, Despair" jeszcze dwa utwory: "Truth Drug" i "Living In Denial"

niedziela, 30 lipca 2017

Gorguts "From Wisdom To Hate"


Na przestrzeni trzech lat od wydania genialnej "Obscury", wraz z rozpoczęciem prac nad następcą zatytułowanym "From Wisdom To Hate", Gorguts przeszło kolejne zawirowania w składzie, z których ostał się jedynie nie kto inny jak Luc Lemay (z poprzedniej ekipy basista Steve Cloutier co prawda uczestniczył w sesji nagraniowej, ale częściowo [1]). Do zespołu dołączyli gitarzysta Daniel Mongrain oraz perkusista Steve MacDonald, z którymi to czwarty, studyjny album Gorguts, skryty pod wcześniej wspomnianym tytułem "From Wisdom To Hate" ukazuje się w 2001 roku.
 
W pierwszej kolejności, wzrok przyciąga dosyć nietypowa okładka...to jednak żadna nowość, gdyż podobna tego typu historia była przy niezwykle dziwacznej oprawie graficznej z "Obscury". Z poprzedniczką łączy ją trudny do określenia nastrój, ale też świetny i bardzo ciekawy sposób wykonania. Znikome zainteresowanie "From Wisdom To Hate" również niestety należałoby uznać za cechę wspólną z "Obscurą"...
 
Kto by się tam jednak przejmował, Gorguts od zawsze stało gdzieś na boku, toteż "From Wisdom To Hate" nie zmienia tej sytuacji (a chyba nawet nie powinien). Eksperymentalny death metal jaki skrywa przed sobą czwarty longplay Kanadyjczyków, co prawda różni się od szalenie, technicznie awangardowej "Obscury", ale nieznacznie. W dalszym ciągu muzyka wymyka się spod sztywnej klasyfikacji i pomimo prawie że całkowitej rozsypki składu, tych ośmiu utworów nie sposób pomylić z nikim innym jak właśnie z Gorguts. Zmiany sprowadzają się do ogólnie krótszego czasu krążka, "prostszego" charakteru kompozycji (na tle poprzednika rzecz jasna), znacznie bardziej popieprzonego klimatu całości (bo jak inaczej określić to, co się dzieje w "Elusive Treasures", "Behave Through Mythos" czy "Unearthing The Past") i zwiększenia poziomu brutalności o jeszcze jeden stopień. Zawartość "From Wisdom To Hate" trafi do niewielu, a bynajmniej do tych, których będą w stanie przełknąć takie stężenie ekstremy i awangardy naraz. Z tego też powodu longplay ten jest bez zwątpienia doskonały.
 
Zatem jeśli kogoś zastanawia "ciąg dalszy" eksperymentów z "Obscury", "From Wisdom To Hate" powinien spełnić oczekiwania. Luc Lemay z resztą (świeżej wówczas) ekipy utrzymał dotychczasowy styl Gorguts, ale także kolejny raz z rzędu przywdział w muzykę nowe, trochę jednak inne i równie ciekawe "wcielenie" zespołu.


Podsumowując:
Zalety:
+awangardowe eksperymenty
+bardzo niepokojący nastrój
+brutalne, przemyślane kompozycje
+wokal
+riffy i solówki
+wyrazisty bas
+okładka
+warstwa liryczna
Wady:
Brak


Ocena końcowa: 10/10



Przypisy:
[1] Swoje partie nagrał tylko w trzech utworach

Ciekawostki:
-ostatni album dla Olympic Recordings
-niedługo po wydaniu "From Wisdom To Hate", w 2002 roku, perkusista Steve MacDonald popełnił samobójstwo

środa, 26 lipca 2017

Samael "Worship Him"


Stawiani w jednym rzędzie z Darkthrone i Mayhem, szwajcarzy z Samael również mieli swój wyraźny wkład w black metal, co norwescy koledzy. Pod wpływem inspiracji Hellhammer, Celtic Frost oraz Venom, inicjatywą braci Locher (skrytych pod pseudonimami jako Vorph i Xytras), Samael utworzony zostaje w 1987 roku. Po etapie demówek i jednej EP-ki, duet rozpoczyna sesję nagraniową, której efektem jest "Worship Him" - debiutancki album Samael, wydany w 1991 roku.

Bardzo prawdopodobne, że okładka zdobiąca "Worship Him" przedstawia, powiązanego z zespołem, demona jakim był właśnie Samael. Na tle całości wypada to całkiem nieźle, wedle black metalowej tradycji. Z drugiej też strony, "właściwa" część okładki jest stosunkowo niewielka w porównaniu do całości. Tak czy owak, "Worship Him" zwrócił na siebie uwagę, choć nie w takim samym stopniu, gdy Samael wydawał kolejne płyty.

Trzeba przyznać jednak, że "Worship Him" idealnie wstrzelił się w czas, kiedy to album miał swoją premierę. Kilka lat później wielu z naśladowców powracało do tego, co tkwi najlepsze właśnie w debiucie Samael. Vorph i Xytras skomponowali materiał dosyć zachowawczy i oszczędny w kwestii sposobu aranżacji, aczkolwiek spójny i bardzo konkretny. Nawet jeśli duet pozwoli sobie nieco przyspieszyć ("The Black Face" czy "Morbid Metal"), zespół generalnie obraca się w dość wolnych, marszowych tempach, czemu towarzyszy szorstka produkcja, świetnie powiązana z muzyką. Jako że całość trzyma się na bardzo zbliżonym do siebie poziomie, ciężko wskazać przykłady, które oddałyby charakter płyty w stu procentach, najlepszymi z nich byłyby zapewne "Into The Pentagram" oraz utwór tytułowy "Worship Him", ze względu na niesamowity, black metalowy klimat, ale...czy aby na pewno? Kwestia dyskusyjna.

Żeby poznać się jednak na tym, czym debiutujący Samael dokładnie jest, "Worship Him" zamknięty w tych 41 minutach, z pewnością tą odpowiedź powinien podsunąć. W ten oto sposób, kształtowała się legenda jaką był właśnie Samael.


Podsumowując:
Zalety:
+kawał solidnego black metalu
+wokal
+produkcja
+proste, ale całkiem ciekawe kompozycje
Wady:
-niektóre, "niewyróżniające się" utwory


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-z niewiadomych przyczyn, utwór "Crown Of Evil" (znany z wczesnych demówek) nie znalazł się na finalnej wersji "Worship Him"
-na niektórych wydaniach, instrumental "The Dark" nie jest odnotowany w liście utworów
-"Worship Him" to pierwszy, studyjny album jaki został zrealizowany pod dachem Osmose Productions
-longplay dedykowany jest ojcu braci Locher