niedziela, 18 czerwca 2017

Deicide "Serpents Of The Light"


Bogobójcy nie kazali sobie zbyt długo czekać, by uderzyć z kolejnym, iście death metalowym albumem, zaraz po bardzo kontrowersyjnym "Once Upon The Cross". Tylko dwa lata - stosunkowo niedługo, ale jak na Deicide zupełnie wystarczająco. Trzeba przyznać, że tempo pracy mieli jednak godne podziwu. Czwarty longplay Deicide, zatytułowany "Serpents Of The Light", wydany zostaje już w 1997 roku.
 
Zaraz po kontrowersyjnej okładce z "Once Upon The Cross", w kolejce stoi równie antychrześcijańska ilustracja zdobiąca właśnie "Serpents Of The Light". Ofiarą Deicide padł oczywiście ponownie sam Jezus Chrystus, tym razem ukazany w cierpieniu tytułowych "węży światła". Oprawa graficzna "Serpents Of The Light" wywołuje piorunujące wrażenie, prezentuje się znakomicie. Bazując więc na zasługach poprzednika (czysto promocyjnych rzecz jasna), "Serpents Of The Light" nie osiągnął sukcesu na miarę "Once Upon The Cross", choć przyjął się całkiem nieźle.
 
Po wydaniu niezwykle "pokomplikowanego" albumu "Legion", Deicide postanowił nie zapędzać się zbytnio i odejść w przeciwnym kierunku, czemu dowodził wspominany wielokrotnie "Once Upon The Cross". Poniekąd, "Serpents Of The Light" kontynuuje wówczas wytoczoną ścieżkę, ale...nie do końca, a bynajmniej nie w takim samym stopniu. Czwarty, studyjny album Deicide, podobnie jak poprzednik, należy do tych raczej prosto skomponowanych, równie bezpośrednich i bez żadnych technicznych szaleństw, różnice sprowadzają się generalnie do innej produkcji i podkręcenia poziomu brutalności. Łącząc to co kluczowe dla wszystkich trzech poprzednich płyt, Deicide stworzył, kolejny znakomity album w swojej bogatej dyskografii. Każda z kompozycji brzmi iście death metalowo, bardzo konkretnie (większość z utworów nie przekracza trzech minut czasu trwania, a jak już to niewiele ponad), utrzymana przeważnie w bardzo szybkim tempie (skłonna też do zwalniania w stylu "Once Upon The Cross"), w ekstremalnym dla Deicide stylu. Kwestię formy Glena Bentona i spółki pozostawiam już tradycyjnie na koniec, gdyż muzycy ponownie pokazali się od najlepszej strony. Nie wiem tylko co się stało z brzmieniem gitar, brzmią naprawdę źle, płasko, rodem z jakiejś niskobudżetowej demówki. Do niezbyt dobrej produkcji przyzwyczaić się jak najbardziej można, aczkolwiek psuje to ogólne, świetne wrażenie "Serpents Of The Light".
 
Mimo zmian jakie Deicide przechodził (i jeszcze będzie przechodził!), "Serpents Of The Light" wzorcowo opiera się na klasyce zespołu, jak i nie oddala zbyt daleko od tradycji Deicide. Świetnie zostały zachowane proporcje między wszystkimi poprzednimi krążkami, przez co "Serpents Of The Light" prezentuje nam kolejne, trochę inne, ale niezmiernie interesujące oblicze zespołu.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, death metalowe kompozycje
+brutalny growling Bentona
+krótki czas trwania albumu
+riffy i solówki
+partie perkusyjne
+okładka
+teksty
Wady:
-brzmienie gitar


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-tekst do utworu "This Is Hell We're In" dotyczy problemów w małżeństwie przez jakie wówczas Glen Benton przechodził, z kolei tekst do "The Truth Above" odnosi się do tematu...istot pozaziemskich

2 komentarze:

  1. To jest pierwszy album Deicide, który mnie nie przekonuje. Nie jest to zła płyta, ale jednak słabsza od trzech wcześniejszych. Wiem że ten krążek ma sporą grupę oddanych fanów (gospodarz bloga też jak widać do nich należy), ale mnie jakoś nigdy nie potrafił przekonać do siebie. Z jednej strony to zasługa kiepskiego brzmienia (olbrzymi regres w stosunku do OUtC), ale też jak dla mnie zbyt oczywistych aranżacji i struktur utworów. Już OUtC był prostszy i bardziej przyjazny dla ucha, ale tutaj przegięli z chwytliwością w stylu "user friendly", szczególnie w wokalach Bentona. Trochę za mało w tym szaleństwa Legion i debiutu. RadomirW

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, opinie bywają zróżnicowane ;) Moim zdaniem, "Serpents Of The Light" to przedostatni świetny krążek Deicide (obok "Scars Of The Crucifix"), w klasycznym składzie z Hoffmanami. Brzmienie rzeczywiście jest słabsze, chociaż nie na tyle bym ich za to jakoś szczególnie zjechał w recenzji, aż tak nie traci na tym jakość, a co do braku tradycyjnego dla Deicide rozpierdolu nie zgodzę się, by zespół kompletnie odciął się od własnych korzeni. Tak jak pisałem wyżej, "Serpents Of The Light" łączy w sobie wszystkiego po trochu, a jednocześnie nie powiela poprzednich płyt w zbyt nachalny sposób.

      Usuń